Depozycjonowanie – ta zła konkurencja..


Z racji, że dziś piątek (na facebooku – piątunio), wpis bardziej nieformalny niż zwykle. Będzie o dwóch problemach, które ostatnio przerabiam – ściemnianiu i ataku konkurencji na naszą stronę. Osobiście bardzo nie lubię, kiedy próbuje się mnie (czy też klienta) traktować jak kretyna. Polityka kilku „wiodących” na rynku agencji polega na łaskawym udzielaniu wymijających odpowiedzi na niewygodne pytania. Podczas audytu agencji pozycjonującej stronę klienta za pomocą kilku narzędzi można szybko sprawdzić mniej więcej jakimi narzędziami się posługują i z jakich źródeł jest linkowana strona. Abstrahuję w tej chwili od optymalizacji, której w 7 na 10 przypadków nie ma w ogóle lub ogranicza się do wciśnięcia w stopkę wszystkich słów  kluczowych, jakie zawarto w umowie.

Wszyscy dobrze wiemy, że teoretycznie i praktycznie, swoje strony zapleczowe można zabezpieczyć przed wścibskim okiem audytora. Blokowanie zaplecza przed robotami MajesticSeo czy Ahrefs.com to domena kilkunastu może procent pozycjonerów na rynku. Ci, do których niniejszym wpisem piję, nic nie blokują, ale też nie mają zbyt wiele do blokowania. I tu pojawia się meritum obłudy ściemniaczy: zaczepiony marketoid nigdy nie zdradzi adresów, skąd linkowana jest strona klienta. Naprawdę dziesiątki razy czytałem te same zapewnienia, że ich zaplecze jest super, mega i profi, ale jest tak tajne, że nie mogą go zdradzić. (Nawet Google o tym nie wie).

Czy naprawdę nie można przyznać, że „żadnego zaplecza nie ma i to co pokazuje Market Samurai to wszystko, co robimy”? Że „niestety, ale za takie kwoty za poszczególne słowa kluczowe nie da się nic sensownego zbudować”?

Kiedyś królował Adder, dziś standardem jest OmniAdd (i jego tańsze klony), ale odpowiedzi zasadniczo się nie zmieniają. Ciągle robi się klienta w balona i później traktuje jak idiotę, któremu nie przyjdzie do głowy weryfikacja działań pozycjonera przy pomocy firmy trzeciej. W pozycjonowaniu nie ma żadnej filozofii czy tajemnych mocy – wymagana jest wiedza, doświadczenie i sumienność. Co do stosowanych technik linkowania, mam bardzo liberalne podejście, o ile jest to robione z głową. Ale nie mam litości dla marketoidów, którzy zaklinają rzeczywistość i uparcie wciskają nieprawdę!

Depozycjonowanie przez konkurencję.

W temacie depozycjonowania treści niewygodnych dla firm mam spore doświadczenie i mogę zapewnić, że co prawda jest to teoretycznie możliwe, o ile spełnionych jest wiele konkretnych warunków. Zdepozycjonowanie konkretnego adresu z konkretnej pozycji na dłuższy czas nie jest tak proste, jak się wydaje. Są to pojedyncze przypadki, w przeciwieństwie do ilości zarzutów pod adresem tej złej konkurencji, o jakich można przeczytać na forach internetowych. Ilość rzekomo depozycjonowanych i niewinnych stron  w stosunku do skutecznych i zamierzonych ataków nasuwa mi porównanie z niewdzięczną Pocztą Polską.

Otóż, jak wiemy, na poczcie bardzo lubią ginąć przesyłki i paczki. Po przeprowadzeniu kilku tysięcy transakcji (w obie strony, jak kupujący i sprzedający) wszystko stało się jasne – „ginęły” przesyłki od hurtowników, szczególnie tych, którzy najpierw sprzedawali, a później odbierali towar z hurtowni bądź z odprawy celnej (z importu). Wystarczyło, że towar chwilowo „wyszedł”, albo nie było jakiegoś koloru i już był problem. Na szczęście była poczta, na którą można zawsze zwalić. Jako klient otrzymywałem po kilku, kilkunastu tygodniach nową przesyłkę (z późniejszą datą nadania) lub zwrot pieniędzy z „reklamacji”. Rzeczywistych zaginięć, potwierdzonych przez pocztę było może 3. Co to ma wszystko wspólnego z depozycjonowaniem? Działania konkurencji stały się ostatnio idealną wymówką (i zarzutem pod adresem Google) na brak kompetencji i wiedzy osób parających się pozycjonowaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *